FacebookTwitterYoutubeCzytnik rss

Jesień z Glucholazyonline!

Sprawdź jakość powietrza

smog

Pogoda dla Głuchołaz

Złap myszką i przesuwaj by zobaczyć inne dni.
Reklama

(Artykuł przeczytasz w czasie 3 - 6 minut)

qr code mobilnemini androidGlucholazyonline.com.pl w Twoim smartfonie!

Masz dla nas temat? Wyślij foto i opis poprzez aplikację mobilną. To najszybszy sposób na dotarcie do czytelników.

Najnowsze wiadomości i informacje o mieście w jednej aplikacji!

Aplikację na smartfony z systemem Android pobierzesz tutaj.




Przeczytałeś już: 0% artykułu

11896187 1015130018526845 5552042801563961424 nROZDZIAŁ 12/13 Te zimowe wieczory przy gorącym, kaflowym piecu pamiętam do dziś. Właśnie dzięki temu w ten sposób mogę Wam to opisać, zdanie w zdanie, słowo w słowo tak jak to opowiadała nam mama, Genowefa Zarzycka Laszewicz.



Kochana mama, wielka kobieta!

Zimowe dni miło upływały, rodzice dbali, abyśmy mieli czysto i co zjeść. Piwnica była zapełniona jak już opisywałam rożnego rodzaju jabłkami, pod okienkiem stała beczka kiszonej kapusty, beczka kiszonych ogórków, słoiki kompotów, słoikami podsmażonego mięsa z listkiem bobkowym, pieprzem i zielem angielskim, małym gąsiorem wina własnej roboty.


11953223 1015121581861022 4914645733701965572 nLATA 60-TE PAMIĘTNE DLA MNIE. Pieczone ciasto drożdżowe z kruszonką, sernik na lekkim zakalcu to smak i zapach NASZEGO DOMU pamiętny do dziś. Ser biały, wyrabiany własnoręcznie przez mamę z kwaśnego mleka z którego była zebrana cienka warstwa słodkiej śmietany. W dużym glinianym garnku podgrzewała mama mleko na piecu, ciągle mieszając drewnianą kopystką po dnie aby równomiernie się ogrzało. Ja trzymałam czyste, wygotowane woreczki w kształcie rożka (które mama sama uszyła ręcznie z materiału - tetry, który najbardziej się na to nadawał), mama nalewała do nich podgrzane kwaśne mleko, zawiązywała i kładła pomiędzy dwie deski a na nie kładła wielkie kamienie rzeczne na całą noc. Rano wyciągała piękne kawałki serów w kształcie serduszek grubość ich była na jakieś do dwóch centymetrów a smak sera był wyśmienity.

Lato, wiosna, jesień, zima przez okrągły rok mama handlowała na targu owocami, białym serem. A przed każdymi Świętami dorodnym chrzanem, który rósł na naszym polu. Środa i sobota - te dwa dni były targowe. Wcześnie rano wstawała mama około 2 godziny w nocy, aby przygotować się na targ. Na niedużym wózku dziecięcym przerobionym na transport skrzynek wchodziło ze 4 duże skrzynki owoców, skrzynka z wagą i torbą z serem - to wszystko było przewiązywane grubym sznurem. Było to bardzo ciężkie. Z górki to trzeba było mocno trzymać, a po równym terenie trzeba było nie lada wysiłku, aby dojechać na targ który był oddalony od naszego domu około 2 i pół kilometra. Około godziny 3:30 w nocy mama budziła mnie – byłam jej pomocna w pchaniu wózka jak również było jej raźniej przejść przez ciemne, puste ulice miasta. Danusia! – mówiła - wstawaj, już pora, musimy iść! Trzeba było wcześnie z domu wyjść, aby dobre miejsce na przodzie przy wejściu na targ zając bo inne miejsce dalej jest nie dobre, dłużej się sprzedaje towar, a z przodu to szybko wszystko schodzi bo ludzie rano przed pracą śpieszą się i robią szybko na przodzie targu zakupy.

Tuż przy bramie targu miejsce zajmowała zawsze pani Kijaszkowa z Bodzanowa, która handlowała zbożem. Sprzedawała  wymierzając garnuszkiem zborze dla hodowców gołębi. Drugim to był zawsze ogrodnik Binkowski, a obok niego zawsze moja mama. Za nią kobiety z Kol. Jagiellońskiej. Na rogu, naprzeciwko nas pod daszkiem handlowała właścicielka piekarni z ciepłymi, słodkimi bułeczkami z makiem, z serem i kruszonką. Z okolic śląskiej wioski przyjeżdżała pani Bronia w ludowym stroju, niska, gruba kobieta handlowała żywymi pijawkami. Kupowali je ludzie i przykładali do ciała aby wypiły chorą krew, a do tego siadała na drewnianej skrzynce rozgrzewając się grzanym winkiem i przygrywała na malej harmoszce. Jak już miałam około 12 lat to mama dzieliła skrzynki z owocami i stawiała mnie w drugim miejscu obok lub na przeciwko niej i ja sama sprzedawałam.

11903806 1015118098528037 1350184707636565503 n
Handlować to ja już lubiłam od najmłodszych lat, nic dziwnego że właśnie taki zawód wybrałam. Handel na targu, ciężka praca w polu, oporządzenie zwierzyny, prace domowe, obiad na godz.14.30, bo tata właśnie o tej godzinie wracał z pracy i wychowanie trojki dzieci to wymagało dużego wysiłku, zorganizowania dobrze czasu. Mama do tego wszystkiego potrafiła regularnie chodzić do fryzjera i być osobą bardzo elegancką i pewną siebie. Pamiętam jak idąc z mamą, trzymając się jej za rękę w okolicy mostu Andrzeja mijały nas dwie kobiety, nawiasem mówiąc siostry, na widok mamy spojrzały na siebie -Popatrz! - Poszła warszawianka!  - Powiedziała jedna z nich.

Okres przedświąteczny to jeszcze większy nawał pracy. We wtorek i piątek doszedł targ w odległej o 20 km Nysie. Mama handlowała chrzanem. Kazik, ja i mama szliśmy na pole chrzanowe kopać chrzan. Na Święta Wielkanocne było wiele łatwiej kopać, a raczej wydobywać z ziemi ten chrzan bo używał Kazik do tego łom i sprytnie podważając korzeń wydobywał go na powierzchnię. Gorzej było na Święta Bożego Narodzenia, bo był przykryty śniegiem i ziemia była twarda. Był dorodny, gruby jak ręka, po odcięciu cienkich pędów, był myty pod bieżącą wodą w pralni i mama pakowała go w walizkę i jakąś podręczną torbę, Do tego  pakowała ciężka wagę, odważniki a to już był naprawdę ciężar.

Wcześnie rano pierwszym pociągiem wyjeżdżałyśmy. Ja z mamą do Nysy na targ. Towar do stacji dowoziliśmy na naszym targowym wózku. Czasami pomagał w dowiezieniu nam mój tata. Następnie mama zostawiała wózek na portierni po przeciwnej stronie stacji w fabryce mebli i wsiadałyśmy do pociągu który odjeżdżał o 4:30 rano, a w Nysie do targu dźwigałyśmy tę walizkę z chrzanem.

Bardzo lubiłam jeździć z mamą na targ. Po sprzedaniu wszystkiego mama ze mną chodziła po targu lub sklepach i zawsze sobie i mi coś kupiła. Wiele razy podróżowałyśmy z mamą pociągiem dźwigając ciężkie walizki, niekoniecznie z ubraniami ale właśnie z chrzanem lub z jabłkami z naszego ogrodu.

Mama miała taki zwyczaj, że nachodziła ja myśl i tęsknota za siostrą Adelcią to albo sprzedała krowę i miała dużo pieniążków i ochotę coś ładnego i modnego sobie kupić lub oznajmiała swemu mężowi że tęskni za Adelcią i pojedzie ze mną do Warszawy na parę dni - tak mówiła i tak robiła. Napełniała walizkę pięknymi, pachnącymi jabłkami z naszego ogrodu, własnymi wyrobami po zabiciu świniaczka i dobra wiśnióweczkę i wyruszałyśmy zawsze razem w podroż do Stolicy. Taksówkarz dowożący nas do mieszkania cioci Adeli na ul.Turecką 2m5, wyciągając nasze bagaże z bagażnika zawsze zmuszony był powiedzieć – Co wy tu wozicie? Kamienie? Tego uczucia nie zapomnę jak któregoś razu będąc u cioci dźwigając tą ciężką z owocami walizkę patrzę - a w kuchni cioci stoi cała skrzynka pomarańczy. To był dla mnie mogę tak nawet powiedzieć,  szok - tyle pomarańczy w domu!

To był okres, jak ciocia Adela wyjeżdżała na Polską Placówkę Dyplomatyczną do Wiednia. Był to okres po śmierci  Generała Zawadzkiego, gdy wujek zmuszony był do wyjazdu z Kraju wraz z rodziną bo wymagała tego od niego praca.  Taki był rozkaz i trzeba było się z tym pogodzić i wyjechać do Wiednia na parę lat. Przyjeżdżając na urlop do kraju moja ciocia przywoziła pełne skrzynki pomarańczy.

 

Opisy fotografii w dymkach po wskazaniu myszką.

Dana Laszewicz

Udostępnij i polub nas!

Polub w FacebookPolub w Google PlusPolub w TwitterPolub w LinkedIn


0 Nie lubię0

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy

  DO GÓRY

Przeczytaj także: