FacebookTwitterYoutubeCzytnik rss

Jesień z Glucholazyonline!

Sprawdź jakość powietrza

smog

Pogoda dla Głuchołaz

Złap myszką i przesuwaj by zobaczyć inne dni.
Reklama

(Artykuł przeczytasz w czasie 4 - 7 minut)

qr code mobilnemini androidGlucholazyonline.com.pl w Twoim smartfonie!

Masz dla nas temat? Wyślij foto i opis poprzez aplikację mobilną. To najszybszy sposób na dotarcie do czytelników.

Najnowsze wiadomości i informacje o mieście w jednej aplikacji!

Aplikację na smartfony z systemem Android pobierzesz tutaj.




Przeczytałeś już: 0% artykułu

11947930 1014328295273684 8503448171713298081 o
ROZDZIAŁ 10 /13

Jest rok 1942. Władze rosyjskie porozumiały się z władzami polskimi i podpisały Pakt. Uchwalili tzw. amnestię. W naszym Posiołku aż wrzało od spekulacji, dowiedzieliśmy się, że możemy wyjechać do Średniej Azji do Taszkientu.




To wielka okazja - mówi nasz ojciec, lepiej wyjechać do ciepłego kraju niż tutaj zginąć z zimna i głodu. W ciepłym kraju przynajmniej coś rośnie, a tutaj tylko temperatura.
Tak ruszyliśmy po półtora rocznej niewoli na Sybirze w następną podroż w nieznane.
Przez kilka tygodni jechaliśmy pociągiem do Taszkientu jest ciepło, bardzo ciepło.
Przez okna w pociągu widać na polach kwitnące bruzdy.
-Popatrzcie!!!
-Kwitną ziemniaki!!!


Radośnie krzyczą wszyscy, a na twarzach pojawia się dawno oczekiwana radość, niestety dość krótka bo okazało się, że to nie ziemniaki, a kwitnące pola bawełny. Okazało się również, że nie łatwo żyć w ciepłym kraju bo panował tu głód i niedostatek, zakaźne choroby jak Malaria, Tyfus.
Tak radykalna zmiana temperatury, źle odżywianie, brak odporności robiła swoje - ludzie chorowali i umierali z braku jakichkolwiek lekarstw.
Przywieziono nas do Buchary, do miasteczka bez źdźbła zieleni - wszystko wysuszone bez zielonego koloru. Kobiety odziane czarnym materiałem po czubek nosa, mężczyźni w białych sutannach, skrawkiem materiału opasywali się w pasie, a w nim zawsze mieli kawałek lepioszka coś w rodzaju placka. Po niedługim czasie pojechaliśmy do Remi-tanu, tatuś nasz znał się na kowalstwie i rozpoczął prace w kuźni ja z Adelcią pracowałyśmy przy cieciu i suszeniu melonów, bardzo słodkich melonów, ta słodycz wyżerała nam na rękach rany, które były bardzo bolesne i ciężkie do zagojenia.


Susz z melonów trafiał dla żołnierzy, którzy walczyli z niemieckim okupantem.
- Remitan!!!- ojoj!!!
- Ciężko przeżyty okres w moim życiu- wspomina mama.
Bardzo ciężkie warunki, głód, choroby towarzyszyły nam na każdym kroku.
- Jadło się wszystko co tylko można było wrzucić do garnka z wodą. Pokrzywy też.
-1-go maja 1943 roku po ciężkiej chorobie umarła moja mama, Waleria Zarzycka. Pokój jej duszy.


Pamiętam sąsiada, był Żydem z głodu ledwo powlekał nogami, któregoś razu patrzymy a sąsiad prawie biega odzyskał siłę byliśmy bardzo zdziwieni skąd u niego taka zmiana.
Ojciec porozmawiał z nim.
On na to:
- Idźcie rano do piekarni. Potrzeba przenieść w worku na plecach chleb z piekarni do sklepu jak będziecie nieść ten chleb to oskubcie po kawałku z każdego chleba, chleb wyłożycie w piekarni a resztki zwińcie dyskretnie i szybko w worku pod pazuchę! Wstawałam wcześnie rano, aby dostać tą prace przy noszeniu chleba robiłam tak jak mówił sąsiad.
Chleb był gorący, parzył w plecy, aby jak najwięcej naskubać tych okruszków biegałam z tym workiem jak najszybciej mogłam, aby zrobić jak najwięcej kursów co mi dawało wiele okruchów.
Przynosiłam okruchy do domu, wrzucało się je do wody, czymś się okrasiło i była zupa, można było coś zjeść.
Miałam koleżankę Dankę, chodziłyśmy razem po okolicy, któregoś razu chciałyśmy skrócić sobie drogę i poszłyśmy wzdłuż rzeki patrzymy , a w zaroślach leży dwóch Uzbeków prawie nagich, mieli tylko przepasane pod brzuchem te przepaski z lepioszkami, oni nas zauważyli, wstali i idą w nasza stronę i coś po uzbecku do nas mówią, a my w nogi to oni za nami gonili nas dość długo, ale na nasze szczęście nie dogonili bo nie wiadomo co by nam zrobili mogli by nawet i nas zabić.
Uciekałyśmy przez kolczaste zarośla nogi nasze były podrapane do krwi.

Dom bez mamy to nie jest już dom, myśl o niej nie opuszczała nas wszystkich długo. Często wspominaliśmy ją.

Tatuś nasz był jeszcze pełen życia, miał przecież dla kogo żyć. Miał chłopaczków, Gieniusia lat 16 i Jasia lat 14 i ja z Adelcią wszyscy go podtrzymywaliśmy na duchu bo przecież trzeba żyć dalej!

Jest upalny dzień. Ojciec wraca zmęczony z kuźni, nalałam mu jakiejś mało pożywnej zupki, nakruszyłam z przydziału troszeczkę chleba. Cicho bez słów zjadł posiłek i rzekł:
- Siadajcie dzieci! -Musimy porozmawiać!
- Dowiedziałem się że w Bucharze jest ochronka dla nieletnich dzieci, tam dają opiekę i wyżywienie. Może to jakiś ratunek dla naszych chłopców.
- Tutaj ich czeka głód, niedostatek i zaraza!

W oczach wszystkich nas pojawił się strach i polały się łzy.  Łzy bólu, obawy przed rozstaniem się z najbliższymi!
- Co wy na to? - Mówi tatuś nasz - trzeba chłopców zaprowadzić a to jest daleko!
- Ja pójdę - mówi Gienia (moja mama) - pójdę z nimi do Buchary, może to dla nich ocalenie bo my tu chyba nie przeżyjemy!!!

Łzy leja się strugami, chłopcy szlochają mówią, że nie chcą iść, że zostaną z nami na dobre i na złe, ale z nami.
Cóż było robić, trzeba podjąć decyzję, bardzo ciężką decyzję, zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę z tego, że możemy się już nigdy nie zobaczyć!

Decyzja podjęta.  Wcześnie rano skoro świt budzę chłopaczków Gieniusia i Jasia.
  - W stawajcie! Pora iść. Przed nami kawal drogi!


Zapakowałam kawałek chleba pod pazuchę i po długotrwałym pożegnaniu bolesnym dla wszystkich wyruszyliśmy w drogę. Tatusiowi naszemu łzy lały się strugą z oczu, machał nam na pożegnanie tak długo, aż straciliśmy go z oczu.
Wyruszyliśmy pieszo w drogę do ochronki po lepsze jutro!
Droga piaszczysta co rusz zawieje wiatr, a w oczach pełno piachu aż boli, chłopców już bolą nóżki mówią:
- Gieniu my już nie dajemy rady nie mamy już sił, odpocznijmy!
- Idźmy dalej bo nie dojdziemy, a musimy tam być przed zmierzchem bo mogą nas w nocy nie wpuścić!
Jak tylko ktoś przejeżdżał jakimś powozem mówiłam;
-Proszę podwieźć chłopców kawałek bo bolą ich nogi, a wy chłopaczki na mnie tam poczekajcie ja do was dojdę! I tak po kawałku do celu do ochronki do miasteczka Buchary.

Droga trudna i daleka do przejścia na nogach. Już zaczęło się ściemniać, co rusz w oddali było słychać wycie szakali. Było przenikliwe, że aż strach!
-Cichutko chłopaczki nie bójcie się, nic nam nie zrobią.

Wieczór - już późno. Dotarliśmy na miejsce, pukamy w drzwi nikt nie otwiera. Cóż robić w taką noc bez dachu nad głową. Słuchajcie: mówię
  - trzeba nam tutaj nocować. Trudna rada, kucnęliśmy więc pod murami ochronki, chłopaczki położyli mi główki jeden z jednej strony, a drugi z drugiej strony na kolanach i przedrzemaliśmy tak do rana.

Ponownie zapukałam w drzwi ochronki, zamek się przekręcił, a w drzwiach stanęła ładna kobieta o ciemnych, prawie czarnych włosach, dużych ciemnych oczach.
- Słucham! Mówi z uśmiechem na twarzy. - Przyprowadziłam moich braciszków!
- To jest Gieniu, ma lat 16, a to jest młodszy, Jasiu ma lat 14 (łzy polały mi się po twarzy mówiąc te słowa).
Kobieta uśmiechnęła, się pogłaskała ich po główce i rzekła:
 - Chodźcie! Tutaj wam będzie dobrze, zaraz was wykąpiemy, damy nowe ubranie.
- Oni są czyści proszę Pani. - Ja bardzo bym prosiła aby najpierw dać im coś do zjedzenia. Oni są głodni i bardzo zmęczeni, przebyliśmy tutaj bardzo daleka drogę!
- Dobrze, dobrze, chodźcie!

Ostatnie spojrzenia, ostatnie pocałunki, pożegnanie tak bolesne. Wszyscy płaczemy, nie możemy się rozłączyć; to bardzo bolało!

Rozstaliśmy się. Trzeba było wracać do domu. Ta sama droga, tak samo daleko, tak samo długo a na dodatek samej.
I tym razem dopadł mnie zmierzch, zrobiło się bardzo ciemno. Strach był wielokrotnie większy niż jak szłam z chłopaczkami, ponownie wycie szakali. W tych okolicach ich było bardzo dużo.
- To już po mnie, mówię sobie oni mnie tutaj napadną”,  słychać ich było coraz głośniej, byli na pewno coraz bliżej, biegłam coraz szybciej, Aby do domu, aby ta droga jak najszybciej się skończyła!
W domu czekał na mnie tatuś i siostra Adelcia. Oboje spojrzeli na mnie jak by chcieli usłyszeć-
- Nie przyjęli ich!?
Ale usłyszeli:
- Chłopcy zostali przyjęci, mają dobra opiekę, będzie im tam dobrze!


Z tak dużej rodziny zostaliśmy tylko troje tatuś, Adelcia i ja.
Tak to długo nie trwało, był pobór do wojska, pobór dla kobiet.
- Jedźcie córeczki!
- Może to i dla was wyjście po lepsze jutro, a ja tutaj zostanę. Może ta wojna się wreszcie skończy to was odnajdę. Wszystkich was odnajdę  - obiecuje!!! - Ja tutaj nie zostanę sam, są tu jeszcze polskie rodziny damy sobie radę.

Nazajutrz odprowadził nas tatuś na stacje, stał długi, towarowy pociąg obstawiony wojskiem. Słychać było tylko stanowcze polecenia i odpowiedzi - Tak jest!!!

Pożegnanie, płacz.
Wówczas nie wiedziałyśmy, że już nigdy ojca swego nie ujrzymy.
Za to radość, że wyjeżdżamy z Taszkientu, byle jak najdalej stąd, a byle jak najbliżej do naszej Ojczyzny, do naszych Rodaków, do POLSKI!!!

 

11951291 1014316605274853 494617882855128421 n

Na zdjęciu gałęzie bawełny

 

 

Zdjęcie z nagłówka:

To zdjęcie zrobione jest w PALESTYNIE 1944 r. SZKOŁA JUNAKÓW -Takich braciszków odprowadziła moja mama do ochronki w BUCHARZE . Na zdjęciu jest JAN ZARZYCKI i EUGENIUSZ ZARZYCKI.

 

Udostępnij i polub nas!

Polub w FacebookPolub w Google PlusPolub w TwitterPolub w LinkedIn


0 Nie lubię0

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy

  DO GÓRY

Przeczytaj także: