FacebookTwitterYoutubeCzytnik rss

Głuchołazyonline.com.pl

Sprawdź jakość powietrza

smog

Pogoda dla Głuchołaz

Złap myszką i przesuwaj by zobaczyć inne dni.
Reklama

(Artykuł przeczytasz w czasie 2 - 4 minut)

qr code mobilnemini androidGlucholazyonline.com.pl w Twoim smartfonie!

Masz dla nas temat? Wyślij foto i opis poprzez aplikację mobilną. To najszybszy sposób na dotarcie do czytelników.

Najnowsze wiadomości i informacje o mieście w jednej aplikacji!

Aplikację na smartfony z systemem Android pobierzesz tutaj.




Przeczytałeś już: 0% artykułu

11898889 1013787695327744 5805567320673516990 n
ROZDZIAŁ 9/13

Tak opowiadała dalej mama:

Luty, noc, zimno, bardzo zimno, na stacji stał długi towarowy pociąg.
Otworzyły się przed nami jedne z drzwi wagonu bydlęcego, zaczęliśmy do niego ładować swoje rzeczy.




Na środku wagonu palił się trociniak. Po bokach rozstawione były koje zbite z desek. Nasza rodzina zajęła kącik w wagonie do którego ładowali tyle rodzin ile tylko weszło.
W oczach każdego było widać strach i rozpacz, słychać było płacz i jęki, ludzie krzycząc szukali swych bliskich.
- Janek! Mówi mama - Może tutaj gdzieś przywieźli Manie?
- Popytaj miedzy ludźmi!

Mani nie widzieliśmy.Pociąg ruszył w nieznane. Jedziemy już dwa tygodnie, końca nie widać, jedziemy miesiąc -końca nie widać , zapasy żywności ludziom się pokończyły, nasza rodzina jeszcze ma co nieco.
Głód, zimno zbiera swoje żniwo, ludzie umierają.
Na którejś z kolejnej stacji tatuś rzekł do Gieniusia, mojego 14 letniego braciszka - Biegnij do stojących tam przekupek, weź ze sobą jakiś łach i zamień go na coś do jedzenia i sól, ale żwawo bo nie wiadomo ile jeszcze tutaj postoimy!
Gienek długo nie wracał. Zaczęliśmy się niepokoić, tatuś co rusz wyglądał z wagonu.
- Gdzie się podziewa Gienek!  - Zaraz ruszamy a jego nie ma!
Pociąg ruszył, tatuś stal przy otwartych drzwiach wypatrując Gieniusia, krzyknął
- Jest ! -Biegnij szybko!
- Dogoń nas!!!


Niestety nie dogonił, oddalaliśmy się szybko, a pociąg nabierał coraz to większej prędkości.
Długo staliśmy w drzwiach, aż do zniknięcia z oczu Gieniusia.
Braciszka nie było już widać , a z naszych oczu strach i rozpacz nie znikała.
Na drugi dzień Gieniu odnalazł nas, dojechał do nas drugim pociągiem, gdy został na stacji sam rozpaczliwie pytał wszystkich jak dojechać do nas, opowiedział nam jak wsiadł do pierwszego pociągu, który jechał w naszym kierunku i tak trafił do nas a SÓL trzymał w ręku.


Po wielu tygodniach podróży dojechaliśmy na miejsce -Na SYBIR do ARCHANGIELSKA w ZSSR.
Od stacji saniami dowieźli nas na miejsce pobytu. Las, wielki las. Posiołek nr 107 jednoizbowa lepianka z rozpalonym już piecem na którym kipiał kipitok (garnek z gorącą woda) to nasz dom.
Nazajutrz o świcie pobudka, nakaz pracy dla osob powyżej 15 lat, mężczyzn i kobiet. Wyruszyliśmy - Adelcia, ja i nasz tatuś w głąb lasu. Śnieg po pas a trzaskające z mrozu konary spadały co rusz z drzew. Trzeba było dobrze się rozglądać aby spadający konar nam nie zrobił krzywdy. Mróz ze -40 C stopni, śnieg po pas, przed nami ciężka praca przy wyrębie lasu. Co kawałek widać było rozpalone potężne ogniska, przy których od czasu do czasu można było się ogrzać.
Pracowałam bardzo ciężko przy piłowaniu drzew a to nie lada wyczyn, trzeba było się nauczyć jak podrąbać drzewo, aby upadło w kierunku w którym my chcemy. Drzewa wysokie, grube żeby objąć ich trzeba było by ze trzech ludzi, musieliśmy uważać by spadające drzewo nie przygniotło nas.
Moja koleżanka, było jej na nazwisko Ruzalska zginęła pod spadającym drzewem -nie zdążyła uciec.
Za ciężka prace dawali nam przydział 200 gram chleba – jak można by to nazwać chlebem – to kawałek czarnego gnieciucha. Nawet tam w tak ciężkich warunkach potrafiliśmy się odnaleźć, nie załamać i przy dźwiękach bałałajki czasami zaśpiewać i zatańczyć.
Wiosna przyniosła ulgę, koniec straszliwych mrozów. Mieszkając w lesie można było się wyżywić, rosły tam poziomki i jagody tak duże ze nigdy takich już nigdzie nie widziałam, jeżyny i grzyby. Las ogromny bez początku i końca.


Któregoś razu z Adelcia poszłyśmy nazbierać jagód, zbierało się fajnie bo coraz to ładniejsze było widać jagody i tak coraz głębiej podążałyśmy w głąb lasu nie myśląc o drodze powrotnej, jak już uniosłyśmy głowy z nad krzewów to zobaczyłyśmy już zmierzch, a w około nas tylko drzewa, kierunek powrotu mógł być wszędzie -Ale gdzie nasz dom?
Ogarnął nas strach, błąkałyśmy się co rusz zmieniając kierunek drogi, nagle usłyszałyśmy odgłos dzwoneczków, zobaczyłyśmy stado pasących się krów.
- Jesteśmy uratowane !
Mówię do Adelci - przecież po krowy musi ktoś przyjść.
Po niedługim czasie patrzymy a krowy same wyruszyły w drogę to my za nimi, tak dotarłyśmy do naszego domu, nie wiadomo co by było z nami gdyby nie te krowy? Głodno, chłodno i daleko bardzo daleko od naszego rodzinnego domu - to nasze życie na zesłaniu.
Mija już półtora roku, nie wiemy co z reszta naszej rodziny co z Mania, co z naszym bratem Władkiem, który poszedł do wojska jak wybuchła wojna mial akurat wiek poborowego, co z Wackiem i Staszkiem wiemy tylko ze wezwano ich do wojska czy żyją i gdzie są ?
Jak długo my tutaj będziemy?
Czy kiedykolwiek wrócimy do domu, naszego domu!!!

11895986_1013816505324863_5226299406502572852_n11898889_1013787695327744_5805567320673516990_n

Dana Laszewicz

 

Udostępnij i polub nas!

Polub w FacebookPolub w Google PlusPolub w TwitterPolub w LinkedIn


0 Nie lubię0

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy

Komentarze

DANA

DANA

Zdjęcia zrobione na Sybirze
Na pierwszym zdjeciu są od strony lewej :
Adela -siostra mojej mamy
Babcia Waleria
Janek - brat mojej mamy miał wtedy 12 lat
Gienia - moja mama
Na drugim zdjęciu moja mama Gienia

  DO GÓRY

Przeczytaj także: